Załoga PKS w Gostyninie zawiesza strajk - czy udało się ocalić przedsiębiorstwo przed prywatyzacją? PDF Drukuj Email
Wpisał Wojtek Orowiecki   
Piątek, 28. Maj 2010 17:04

strajkTrwający od 4 maja strajk pracowników PKS w Gostyninie przykuł uwagę nie tylko ich kolegów z innych PKS-ów czy robotników z okolicznych zakładów, jak Elgo, ale też ludzi pracy i związkowców z całego kraju. Dawno nie widzieliśmy tak długotrwałego protestu, którego uczestnicy tak jasno opowiadali się przeciwko prywatyzacji. "My, którzy przez kilkadziesiąt lat nie sprzeniewierzyliśmy i nie przejedliśmy majątku, który kiedyś został nam przez Państwo Polskie powierzony, nie zasługujemy na takie traktowanie. Mamy swoją godność i prosimy nie traktować nas jak tani towar wystawiony na sprzedaż na targu niewolników” – pisali strajkujący w dramatycznym liście. Czy porozumienie, podpisane w piątek 21 maja, rzeczywiście uratuje ich przed tym losem?

Należy podkreślić, że piątkowe rozmowy rozpoczęły się dosłownie „w ostatniej chwili” – zamiast nich miała odbyć się pikieta przed Ministerstwem Skarbu.Fakt, że przedstawiciele Ministerstwa zgodzili się usiąść do rozmów ze strajkującymi, których przez dwa tygodnie uporczywie ignorowali, świadczy o tym, że bardzo bali się takiej pikiety. Z prostego powodu – Ministerstwo Skarbu dobrze wie, po przeprowadzonych na ten temat badaniach, że w obecnych czasach kryzysu i bezrobocia poparcie dla prywatyzacji może szybko upaść. Dlatego też rozpoczyna rozmaite akcje promocyjne, w rodzaju „prywatyzacja dla ludzi”. Robotnicy jednak nie dają się nabierać na te tanie chwyty reklamowe. W Polfie i warszawskim SPECU zagrożeni prywatyzacją pracownicy grożą strajkiem. W innych PKS-ach na Mazowszu, również zagrożonych prywatyzacją, , kierowcy przygotowują się do protestu i ostrzegają „nie damy się sprzedać za grosze”. Górnicy Jastrzębskiej Spółki Węglowej, którym zarząd obiecywał „bezpieczną” prywatyzację, odpisali: „nie ma bezpiecznej prywatyzacji (…) prywatyzacja jest przeniesieniem własności na podmioty prywatne i nic tego nie zmieni”. Trudno o lepszą odpowiedź na bajki prezesów i ministerstwa. Sam pomysł sprzedania Kolei Mazowieckich spotkał się z takim oburzeniem, że sprawę błyskawicznie wyciszono. Również pracownicy PKS w Gostyninie jasno określili swój stosunek do prywatyzacji: „Mamy przykład firmy ELGO, gdzie zwalnia się bardzo wielu pracowników. A ile jeszcze zostanie zwolnionych?! Nie chcemy dopuścić do podobnej sytuacji w naszym przedsiębiorstwie. Tylko komunalizacja zapewni nam miejsca pracy.” - powiedział przewodniczący rady pracowników, Edward Chojnacki.

Tymczasem również załoga Elgo – dawniej największego zakładu w Gostyninie, który zatrudniał tysiące ludzi, teraz doprowadzonego na skraj upadłości - zaczęła się radykalizować pod wpływem strajku w PKS-ie. Jak powiedział jeden z tamtejszych związkowców: „W tej chwili obserwujemy, co się dzieje w gostynińskim PKS-ie i uczymy się pewnych rozwiązań. W Elgo dawno nie było strajków...”

Szybko może się to jednak zmienić. Podczas strajku w PKS-ie odbyła się pikieta solidarności ze strajkującymi, w której uczestniczyli m.in. pracownicy PKS Płock, Elgo, miejscowego szpitala, mieszkańcy miasta. Rozpoczęcia strajku zaczęli domagać się kierowcy z innych mazowieckich PKS-ów. Nic dziwnego więc, że Ministerstwu bardzo zależało na tym, by strajk się skończył – obawiali się rozszerzenia protestu, które mogłoby pogrzebać ich nadzieję na szybką i bezbolesną wyprzedaż resztek majątku publicznego. W związku z tym, że pogardliwe polecenia w rodzaju „wracajcie do pracy”, kierowane do pracowników PKS, nie odniosły skutku, rządzący musieli usiąść do rozmów. Zanim przyjrzymy się bliżej zawartemu w piątek porozumieniu, przypomnijmy, skąd wziął się w ogóle pomysł prywatyzacji PKS-u.

Wielki prywatyzator

Nagła odmiana na gorsze losu praocwników PKS-ów to efekt działań Ministra Skarbu, Aleksandra Grada. W ramach urządzanej przez rząd PO-PSL wielkiej i pośpiesznej wyprzedaży majątku publicznego, Grad postanowił, że Skarb Państwa pozbędzie się także udziału w 70 PKS-ach, zatrudniających w sumie kilkanaście tysięcy ludzi. Głównym wyjściem miała być nie prywatyzacja, a komunalizacja – nieodpłatne przekazanie akcji przedsiębiorstwa samorządowi lokalnemu. Wcześniej już obecny rząd zdążył sprywatyzować Polbus-PKS we Wrocławiu, PKS w Żywcu, PKS w Radomsku oraz PKS w Bełchatowie, a także rozpocząć prywatyzację PKS-u w Strzelcach Opolskich. Tymczasem zainteresowania komunalizacją nie wyrazili marszałkowie województw świętokrzyskiego, śląskiego i warmińsko-mazurskiego. Województwo dolnośląskie wyraziło wstępne zainteresowanie komunalizacją, jednak w wyniku warunków stawianych przez Ministerstwo – wycofało się. W związku z tym zaistniała groźba prywatyzacji m.in. PKS-u w Oławie, który Związek Zawodowy Kierowców oraz Ryszard Ptaszek, przedstawiciel załogi w radzie nadzorczej spółki, chcieli przekształcić w „spółkę pracowniczą”. Jak wiadomo, nie ma nic prostszego, niż spółkę taką przekształcić w prywatną – jest to częsty sposób robienia biznesów przez niektórych pseudo-związkowców. Rozwiązaniu takiemu sprzeciwili się zaś związkowcy z „Sierpnia 80” i „Solidarności”. Między innymi dzięki temu PKS w Oławie został w końcu przejęty przez powiat. Do tej pory również 10 innych samorządów przejęło nieodpłatnie PKS-y ze swojego regionu, w tym m.in. Wadowice, Nowy Sącz, Kraków oraz Starogard Gdański. Nie wszyscy mieli jednak tyle szczęścia.

Bój na Mazowszu

Tymczasem rozpoczęła się prywatyzacja siedmiu mazowieckich PKS-ów – w Mińsku Mazowieckim, Ciechanowie, Mławie, Ostrołęce, Płocku, Przasnyszu oraz Gostyninie. Ich pracownicy, gdy dowiedzieli się, co szykuje im Grad, zorganizowali protest pod Ministerstwem, domagając się podpisania pakietu socjalnego i gwarancji zatrudnienia. Do negocjacji w sprawie kupna PKS-ów zostały bowiem dopuszczone firmy Marmstrom i Mobilis. Ta pierwsza rozpoczęła działalność kilka miesięcy temu, a siedzibę ma... w prywatnym mieszkaniu. Nie jest to jednak żadna mała firma, a jedynie przykrywka dla szkockiego giganta przewozowego Stegecoach. Trudno się dziwić, że praktyka zakładani firm-przkyrywek budzi pytania o intencje firmy. Jeszcze gorzej jest jednak z Mobilisem, należącym do izraelskiego koncernu Eged. O tej firmie pracownicy mówią : „Mobilis to dno, płacą grosze kierowcom, nie remontują taboru, jeżdżą dotąd aż się rozpadnie, widać to szczególnie na przykładzie autobusów komunikacji miejskiej w Warszawie, (…) w MZA nie dbają o tabor, ale tam to już jest szczyt wszystkiego, za dużo by o tym się rozwodzić, na dodatek kasa dla kierowców równie mizerna...” czy „Łamanie praw pracowniczych, minimalizacja kosztów naprawy autobusów, premia uznaniowa, w większości przypadków wirtualna. Ciągłe telefony od firm domagających się spłaty zadłużenia.” Związkowcy z PKS-u w Mławie skierowali zaś zawiadomienie do CBŚ w związku z dopuszczeniem do negocjacji Mobilisu – firmy znanej z łamania praw pracowniczych i represji antyzwiązkowych. Tymczasem to właśnie Mobilis ma wyłączność na neogcjacje z Ministerstwem od czerwca, zaś rzecznik MSP mówi, że prywatyzacja PKS-ów ma się zakończyć już... na przełomie czerwca i lipca.

W przypadku PKS-u w Gostyninie ofertę zgłosił również prywatny PKS Grodzisk Mazowiecki. To również ciekawa firma – na podstawie umowy z warszawskim MZA obsługuje część linii autobusowych w tym mieście. Wsławiła się zatrudnianiem przez agencję pracy tymczasowej kierowców z Ukrainy, którym płaciła... 2,80 zł za godzinę, zmuszając ich jednocześnie do jazdy po kilkanaście godzin dziennie. Sprawa stała się głośna, gdy przemęczeni kierowcy spowodowali kilka wypadków, w końcu zaś zorganizowali strajk. Kontrola Inspektoratu Transportu Drogowego potwierdziła wszystkie ich zarzuty.

To właśnie w Gostyninie pracownicy PKS-u pierwsi rozpoczęli strajk - Dopóki nie zostaną spełnione nasze postulaty, będziemy strajkować. Dziś trudno powiedzieć, jak długo to może potrwać. Chcemy podwyżek i komunalizacji zakładu. Walczymy o swoje miejsca pracy, jesteśmy naprawdę zdeterminowani – mówił Edward Chojnacki, przewodniczący rady pracowników. Kierowcy byli pewni tego, że w przypadku prywatyzacji czekają ich zwolnienia. W dodatku – wbrew zapowiedziom Ministerstwa – zainteresowanie komunalizacją przez samorząd lokalny, czyli w tym wypadku powiat, wcale nie wstrzymało prywatyzacji. Pisma od Rady Powiatu resort po prostu zignorował. Nieoficjalnie urzędnicy Ministerstwa przyznają, że celem resortu było... uzyskanie zysku ze sprzedaży PKS-u prywatnemu inwestorowi. Jak widać, pracownicy PKS-ów mają być po prostu sprzedani po to, by ratować budżet. To również ostrzeżenie dla pracowników ponad 50 PKS-ów, których los nadal jest niepewny. Ministerstwo publicznie twierdzi, ze chce PKS-y skomunalizować, tak naprawdę zaś zrobi wszystko, by je sprzedać z zyskiem, nie troszcząc się o los pracowników czy pasażerów.

Niektóre neoliberalne media oburzone były faktem, że kierowcy PKSu, oprócz walki o ratowanie miejsc pracy, ośmielają się również żądać podwyżek. Przemilczano tylko fakt, że jedyną „podwyżką” jaką widzieli ci ludzie przez ostatnie lata, była podwyżka wynikająca ze… wzrostu płacy minimalnej, co prezes uznał za całkowicie wystarczające i dziwił się, że kierowcy żądają więcej!

Gierki „Solidarności” w Kielcach

Tymczasem okupacja gabinetu prezesa trwała również w PKS-ie w Kielcach. Prowadzili ją związkowcy z „Solidarności”, a głównym powodem był protest przeciwko zwolnieniu 77 ze 183 pracowników. Gdyby tylko o to chodziło, byłaby to słuszna walka, jednak sprawa okazuje się bardziej skomplikowana – otóż związkowcy nie chcą walczyć o zachowanie miejsc pracy, a jedynie o „korzystne warunki odejścia”. Co ciekawe – domagają się również prywatyzacji przedsiębiorstwa i to z nowym właścicielem chcą negocjować warunki zwolnień. O czym związkowcy z „Solidarności” dobrze wiedzą, jedyną firmą, która złożyła ofertę kupna PKS-u jest MPK Kielce – to samo, które w wyniku strajku w 2007 roku zostało przekształcone w spółkę pracowniczą... pod kontrolą zakładowych bonzów z „Solidarności”. Choć był to i tak niezły los w porównaniu z prywatyzacją przez francuską Veolię – koncern znany z łamania praw pracowniczych i mający obecnie chrapkę na PKS-y w północnej Polsce – to sytuacja kierowców w kieleckim MPK szybko się pogorszyła. Jak widać, liderzy kieleckiej „Solidarności” wykorzystują po prostu firmy przewozowe do robienia prywatnych biznesów. W tej sytuacji jedyne, co można powiedzieć, to: takie związki na Powązki!

 

Lekcje historii

 

Kierowcy PKS-ów powinni pamiętać, czym się kończy prywatyzacja i rzekome „spółki pracownicze”. Przykładem jest PKS w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie w 2000r.. miał miejsce strajk z żądaniem prywatyzacji PKS-u przez spółkę pracowniczą. Tyle tylko, że w tej „pracowniczej” spółce 45 proc. udziałów od początku mieli kierownicy, udziały kierowców już później powykupywał prezes – wówczas polityk Unii Wolności Krzysztof Częsotchowski, będący również nieformalnym organizatorem strajku, kawaler licznych orderów i ważna figura polskiego biznesu. Strajk popierali również bonzowie związkowi (nieposłusznych działaczy powyrzucano ze związków). Po prywatyzacji z PKS-u zwolniono 146 osób, zaś kierowcy (cytowani przez Gazetę Lubuską) mówili "Ja i wielu moich kolegów jesteśmy przekonani, że zrobiliśmy błąd, strajkując na polecenie kierownictwa. Za błędy się płaci".

Tak – za wiarę w kierowników i sprzedajnych związkowców pracownicy w Polsce już nieraz musieli płacić. Warto o tym pamiętać. Warto również pamiętać o sytuacji pracowników Veolii czy Mobilisu, tym bardziej, że zapewne jeszcze niejeden PKS będzie prywatyzowany wbrew woli załogi i pomimo sprzeciwu samorządu lokalnego. Walka będzie tym trudniejsza, że część „związkowców”, zamiast walczyć o zachowanie publicznej własności, będzie wolało używać pracowników jako trampoliny do biznesowej kariery, jednak tym łatwiejsza, im więcej PKS-ów przyłączy się do strajku. Wszędzie należy walczyć o komunalizację PKS-ów –to jedyny sposób, by kierowcy mogli być pewni zachowania miejsc pracy. Jak się wydaje, za komunalizacją opowiada się zdecydowana większość zakładowych organizacji związkowych w PKS-ach (większość komisji zakładowych „Solidarności”, OPZZ-u, wszystkie komisje zakładowe „Sierpnia 80”), zdarzają się jednak niechlubne wyjątki – „związkowcy”, którzy sami chcą przejmować firmę pod pozorem „spółki pracowniczej” lub liczą na układy z nowym właścicielem.

Należy jednak podkreślić, że komunalizacja to tylko najlepsze ze złych wyjść. Zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby PKS-y pozostały własnością państwową. Centrale związkowe „przegapiły” jednak szansę na ogólnokrajowy protest, gdy Ministerstwo Skarbu decydowało o pozbyciu się PKS-ów – teraz komunalizacja jest ich jedyną szansą na uniknięcie prywatyzacji. Nie gwarantuje to utrzymania dotychczasowych połączeń – komunalizacja może skończyć się tak samo, jak z Przewozami Regionalnymi, które, przejęte przez samorządy, borykają się teraz z kłopotami finansowymi. To jednak wciąż lepsze wyjście niż zastąpienie kierowców przez pracowników agencji tymczasowych i praca 16 godzin na dobę, co funduje np. PKS-Grodzisk Mazowiecki. Niestety, w Polsce pod rządami PO-PSL i wielkiego kapitału pracownikom często pozostaje wybór między dżumą a cholerą.

Komunalizacja byłaby niezłym wyjściem, gdyby w Polsce istniała prawdziwa samorządność – to jest, wpływ mieszkańców na swoje samorządy lokalne, a przede wszystkim – samorządność pracownicza, czyli kontrola pracowników nad swoimi przedsiębiorstwami. Jeżeli pracownicy skomunalizowanych PKS-ów chcą naprawdę mieć pewność, że zachowają swoje miejsca pracy, o to właśnie muszą walczyć. Tylko kontrola pracownicza, w porozumieniu ze społecznościami lokalnymi, może zapewnić, że samorządy nie sprzedadzą PKS-ów lub nie będą dokonywały cięć „nierentownych” ale potrzebnych pasażerom – połączeń.

 

Co udało się wywalczyć w Gostyninie?

 

Jak podają lokalne media (większość ogólnokrajowych nabrała nagle wody w usta) pracownikom PKS-u udało się podczas piątkowych negocjacji z przedstawicielami Ministerstwa uzyskać: komunalizację przedsiębiorstwa, pakiet socjalny dla załogi, odwołanie prezesa oraz podwyżkę, której wysokość będzie negocjowana z nowym zarządem. Niewykluczone również, że Rada Nadzorcza zostanie zastąpiona jednoosobowym przedstawicielstwem Ministerstwa.

Tak przedstawioną sprawę można byłoby uznać za wielki sukces strajkujących, gdyby nie pewna nieścisłość. Otóż komunalizacja PKS-u wcale nie jest pewna. Ministerstwo tłumaczy się, że „nie mogło przerwać procesu prywatyzacji” wobec czego komunalizacja nastąpi, jeżeli… nie dojdzie do sprzedaży PKS-u inwestorowi, który ma wyłączność na negocjacje – Mobilisowi – w terminie do 11 czerwca. Innymi słowy Ministerstwo zgadza się na komunalizację PKS-u, ale tylko wtedy, jeżeli wcześniej nie uda mu się go sprzedać firmie znanej z notorycznego łamania praw pracowniczych. Jeżeli się uda – pracownikom pozostaje pakiet socjalny. A po jego wygaśnięciu - można się domyślić. Niewątpliwie na ten niejednoznaczny wynik wpływ miała też postawa liderów związkowych – w negocjacjach uczestniczyli wiceprzewodniczący OPZZ-u i przewodniczący „Solidarności”. Żaden z liderów związkowych ani przez moment nie zagroził Ministerstwu rozszerzeniem strajku, czy organizacją regionalnego choćby strajku generalnego – do czego byłyby powody i co dałoby strajkującym potężny atut w negocjacjach. Zamiast tego, związkowa wierchuszka „Solidarności” i OPZZ-u sprawiała wrażenie, ze najbardziej zależy im na jak najszybszym zakończeniu strajku, zanim rozszerzy się na inne przedsiębiorstwa i zagrozi ich dobrym relacjom z rządzącymi!

Tłumaczenia Ministerstwa są mętne i fałszywe. Wcześniej – łamiąc zasadę, że chęć komunalizacji, wyrażona przez samorząd, wstrzymuje prywatyzację – zignorowali pisma Rady Powiatu, teraz zaś czują się zobowiązani wobec prywatnego inwestora. Tak tłumaczyć się może jedynie minister w rządzie, którego nie obchodzi los pracowników i pasażerów, a interesy prywatnych kapitalistów. Pracownicy – nie tylko PKS-u Gostynin, ale też innych przedsiębiorstw – powinni wyciągnąć z tego wnioski co do natury rządu, i podjąć stosowne działania.

Czy strajk w Gostyninie należy uznać za zwycięstwo, czy porażkę - zależy wyłącznie od tego, czy ostatecznie dojdzie do sprzedaży firmy Mobilisowi, czy komunalizacji. Na szczęście Komitet Strajkowy pozostawił sobie otwartą furtkę – zastrzegł prawo do odwieszenia akcji strajkowej. W przypadku, gdyby jednak doszło do sprzedaży „prywatnemu inwestorowi”, strajk należy niezwłocznie wznowić – i tym razem dążyć do jak najszybszego rozszerzenia go na inne okoliczne zakłady, dokonujące zwolnień lub zagrożone prywatyzacją.

Należy podkreślić, że nierozstrzygnięty wynik strajku w najmniejszym stopniu nie jest winą samych pracowników PKS-u Gostynin ani zakładowych działaczy związkowych, którzy prowadzili walkę z prawdziwą determinacją. Przeciwnie – pokazali oni, że nawet stosunkowo mała grupa zdecydowanych pracowników (w strajku uczestniczyło 88 osób na 109 zatrudnionych) może zmusić rządzących do ustępstw. Jest to także przykład dla załóg pozostałych PKS-ów i innych zakładów, że walcząc, można wiele wygrać. Do odniesienia zdecydowanego zwycięstwa potrzebne jest jednak rozszerzanie protestu i strajki solidarnościowe, które znamy chociażby z lat 80-tych. Dlatego – jeżeli dojdzie do wznowienia strajku w PKS-Gostynin, lub wybuchu strajku w jakimkolwiek innym PKS-ie – powinien on od razu być połączony ze strajkami w innych zakładach, przede wszystkim zaś – w interesie wszystkich ludzi pracy w Polsce – związki zawodowe powinny rozpocząć przygotowania do strajku generalnego przeciwko prywatyzacji, zwolnieniom i głodowym pensjom. Przywódcy związkowi mają jednak interesy za bardzo powiązane z prywatnym kapitałem i rządzącymi, by sami ruszyli do walki – tylko nacisk szeregowych członków i zakładowych działaczy związkowych może ich do tego zmusić.

Czytaj również:

Mazowieckie PKS-y sprzedane Mobilisowi?

Strajk w PKS Gostynin zawieszony

Prywatyzacja – lekcja z historii



 
Grupa na rzecz Partii Robotniczej, Powered by Joomla! and designed by SiteGround web hosting