| Strajk w szpitalu Barlickiego zawieszony po 11 dniach |
|
|
|
| Wpisał Wojtek Orowiecki |
| Czwartek, 18. Wrzesień 2008 20:21 |
Pielęgniarki pod sądNa strajk w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym im. Norberta Barlickiego zanosiło się od dawna. Pielęgniarki czuły się dyskryminowane, bo ich pensje należały do najniższych w mieście. Pomimo dobrych wyników finansowych szpitala - niektóre z nich zarabiały zaledwie 1800 zł brutto. Chciały, żeby rozpoczynające pracę zarabiały 2 tysiące zł, po pięciu latach – 2,5 tys., a po dziesięciu – 3 tysiące. Jednak ze strony dyrekcji nie było woli rozmów – główną propozycją dyrektora szpitala, Piotra Kuny, było… przejście pielęgniarek na kontrakty. Inną – uzależnienie wynagrodzenia od ilości wykonywanej pracy. Innymi słowy, pielęgniarki miałyby pracować na akord. Ciekawe, jak by się to odbiło na pacjentach? W tej sytuacji komisja zakładowa Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych zorganizowała referendum strajkowe. Wzięło w nim udział 75 proc. pielęgniarek, z których ponad 95 proc. opowiedziało się za strajkiem. Jednak dyrektor nie uznał referendum, ponieważ… wzięło w nim udział mniej, niż 50 proc. pracowników szpitala. Pielęgniarki nie dały się zastraszyć – powołały się na te same opinie prawników, z których w 2006 r. korzystali lekarze. Wówczas uznano, że wystarczy przeprowadzić referendum wśród tej grupy zawodowej, która ma protestować. Lekarze dwukrotnie wygrali wówczas przed sądem proces o nielegalność strajku. Dlaczego w przypadku pielęgniarek miałoby być inaczej? Dyrektor szpitala musiał znać tą sytuację, jednak i tak zaskarżył organizatorki do prokuratury. Strajk rozpoczął się w poniedziałek ósmego września, o 8:00 rano. Pielęgniarki przerwały wówczas pracę na dwie godziny i zgromadziły się w holu szpitala. Dyrekcja nie chciała jednak ustąpić. Dlatego codziennie protest wydłużany był o godzinę. Brało w nim udział około połowy pielęgniarek, jednak te, które nadal zajmowały się pacjentami, wspierały strajkujące koleżanki. - Dobrze, że koleżanki strajkują. Ugodowa postawa nic nie daje. Może coś wywalczą – mówiła jedna z oddziałowych. Te, które w strajku brały udział, przeważnie okupowały korytarz przed gabinetem dyrektora. Początkowo na krzesłach i ławach, później, kiedy strajk się wydłużał, na śpiworach i karimatach. W niedzielę, kiedy jasne już było, że porozumienia nie da się łatwo osiągnąć, wiele pielęgniarek przyszło do szpitala z dziećmi. - Mężowie musieli iść na zakupy, my nie mogłyśmy zostawić dzieci bez opieki, więc zabrałyśmy je do szpitala – tłumaczyły. Nie pomogła mediacja przewodniczącej OZZPiP, Doroty Gardias. Dyrekcja niby zgodziła się na podwyżkę pensji, ale tylko poprzez włączenie premii do stawki zasadniczej. Pielęgniarki zgodnie oceniły to jako absurd. - Dyrektor włączając nam do pensji premię, którą uzyskałyśmy w wyniku ugody z października zeszłego roku, chce nam jeszcze raz podarować te pieniądze, które już dostałyśmy. To manipulacja – mówiły. Nie była to jedyna manipulacja dyrektora. Dziennikarzom opowiadał na przykład, że pielęgniarki chcą podwyżek do… 7 tysięcy złotych! Przez cały czas protestu przekonywał też, że bierze w nim udział „niewielka grupka osób”, mówił o 56 strajkujących, kiedy na listach podpisanych było 120. - Pielęgniarki w tym szpitalu dostały podwyżki w lipcu. Teraz żądają następnych, a kiedy je dostaną - wystąpią o kolejne. Przecież w służbie zdrowia wymagane jest poświęcenie i poczucie misji służenia choremu. To nie puste słowa. Czy są jakieś pieniądze, za które można kupić te wartości? – oburzał się. Idąc tym tropem, można by uznać, że pracownicy ochrony zdrowia w ogóle nie powinni być wynagradzani, bo przecież musi im wystarczyć „poczucie misji”. Ciekawe, za ile „poświęca się” sam dyrektor? Jednak w końcu pielęgniarki musiały zgodzić się na propozycję dyrekcji – wśród części z nich zwyciężyło zmęczenie przedłużającym się protestem. 18 września przerwały strajk. W tej sytuacji przewodnicząca związku w szpitalu, Małgorzata Hirzewska, zdecydowała się podpisać wstępne porozumienie i zawiesić akcję strajkową do 20 listopada. Wtedy wznowione zostaną rozmowy o podwyżkach, zwłaszcza dla najniżej zarabiających pielęgniarek. Wtedy też zostanie podjęta decyzja o ewentualnym wznowieniu akcji strajkowej. Pielęgniarki zostały już zapewnione o poparciu Wolnego Związku Zawodowego „Sierpień 80”. – Mamy teraz sporo czasu, żeby zregenerować siły – powiedziała nam Małgorzata Hirzewska. Pomimo zawieszenia strajku, dyrektor nie wycofał zarzutów. - Jutro przychodzi policjantka, żeby mnie przesłuchać – mówi przewodnicząca. Nie można pozwolić, żeby pielęgniarki – osoby wykonujące ciężką pracę, często pozostające na dyżurach dłużej, niż 12 godzin, w dodatku odpowiedzialne za ludzkie życie - były traktowane jak służące. Nie można pozwolić, żeby były zastraszane i traktowane jak przestępcy, kiedy tylko odważą się zaprotestować. Już teraz brakuje ich w szpitalach, bo wolą wyjechać, niż harować za głodową pensję. Trudno im się dziwić. To, żeby pielęgniarki otrzymywały godne wynagrodzenie za swoją pracę – to sprawa wszystkich, którzy korzystają z publicznej ochrony zdrowia. Dlatego ich protesty wymagają wsparcia ze strony innych ludzi pracy. Górnicy z „Sierpnia 80” nie raz już wspierali pielęgniarki w walce o godną płacę, choćby podczas Białego Miasteczka. Jeżeli w listopadzie sytuacja w Barlickim się nie zmieni, WZZ „Sierpień 80” nie zostawi pielęgniarek samych. Czas już, by inne związki poszły za przykładem Sierpnia i wsparły pielęgniarki w ich walce. Czas także, by same pielęgniarki stanęły wspólnie do ogólnokrajowej akcji protestacyjnej. Izolowane strajki doprowadzą do rozwarstwienia płac w publicznej ochronie zdrowia. W kolejce czekają już następne szpitale, których pracownice chcą strajkować. Dość bajek biurokracji związkowej o tym, że "każda komisja zakładowa podejmuje decyzję o strajku samodzielnie". Czas na jednodniowy strajk generalny! Tekst ukazał się w "Kurierze Związkowym" - tygodniku Komisji Krajowej WZZ "Sierpień 80" |



